Biografia   |   Bibliografia   |   Filmografia   |   Galeria   |   Teksty   |   Powiązania   |   Linki

 
2010, CZYLI JAK CLARKE WYCHODZIŁ Z CIENIA KUBRICKA

2010 Petera Hyamsa stanowi kontynuację legendarnej 2001: Odysei kosmicznej Stanleya Kubricka. Pomimo zupełnej nieporównywalności z dziełem nowojorskiego samotnika jest to jednak obraz wybitny w swojej kategorii. By w pełni docenić jego walory warto przyjrzeć się bliżej historii jego powstania.

Jak Clarke nie chciał, ale musiał

"Jeżeli całkowicie zrozumiałeś 2001, to oznacza, że się nam nie udało. Bardziej chcieliśmy postawić pytania niż udzielić na nie odpowiedzi."

Arthur C. Clarke

2001: Odyseja kosmiczna Stanleya Kubricka to filmowy mit: wysokobudżetowy, poważny, naukowo i technicznie wiarygodny film o przyszłości ludzkości z wyraźnie filozoficznym wydźwiękiem. Film, jakiego nie było nigdy przedtem. Film, jakiego nie będzie nigdy potem. Jego wpływ na kino ostatnich czterdziestu lat jest nie do przecenienia i wykracza poza sam gatunek fantastyki naukowej.

Kubrick i Clarke na planie '2001'
Arthur C. Clarke i Stanley Kubrick na
planie filmu 2001: Odyseja kosmiczna

Niewielu chce pamiętać, iż współtwórcą tego imponującego sukcesu był brytyjski pisarz science-fiction i popularyzator astronautyki, Arthur C. Clarke. To w oparciu o jego wyjściowe pomysły i przy jego aktywnym współudziale Kubrick stworzył tę niezwykłą opowieść. Obaj panowie, wzajemnie sobą zafascynowani, spędzali godziny na intelektualnych rozmowach, rozkładając na czynniki pierwsze każdy element fabuły i planowanej produkcji. Mimo tej stymulującej współpracy jednak Clarke miał do jej wyniku końcowego stosunek ambiwalentny. Z jednej strony 2001: Odyseja kosmiczna stała się dla niego trampoliną do sławy. Pisarz nagle zaczął być rozpoznawany poza gettem świata nauki oraz środowiska twórców i sympatyków literatury fantastyczno-naukowej, przyciągając do swojej twórczości nową rzeszę czytelników. Z drugiej strony jednak czas spędzony na pracy nad 2001, ostatecznie zamykający się w czterech długich latach, to okres ciągłej frustracji. Clarke na ten czas utracił kontrolę nad swoim życiem, będąc do ciągłej dyspozycji reżysera. To Kubrick był szefem całego przedsięwzięcia i to Kubrick miał ostatnie zdanie we wszystkim. Dla słynącego ze swojego dużego ego pisarza było to wyjątkowo trudne do zniesienia. I choć obu twórcom udało się stworzyć dzieło wybitne, to Clarke'owi bardzo szybko zaczęła ciążyć sława "Pana 2001".

Jego twórczość - a należy pamiętać, że w latach 60. miał on na koncie kilka bardzo dobrych powieści, całą masę świetnych opowiadań i całkiem spory zbiór tekstów o charakterze popularno-naukowym - zaczęto spłycać do tego jednego dzieła, dzieła, na którego ostateczny kształt nie miał przecież wpływu. W wywiadach pytano go głównie o 2001, przez co z czasem Clarke zaczął nazywać tę powieść "wysławianym scenariuszem" ('glorified screenplay'). Trudno się z tą autodiagnozą nie zgodzić. Mimo iż 2001 to niesamowita opowieść, to jednak jej wersji książkowej (chociaż bardziej adekwatne byłoby tu określenie "wariacji na temat", tak wiele jest różnic między filmem a powieścią) nie można nazwać powieścią wybitną. Powstawała ona na potrzeby filmu i dosyć wiernie zachowuje jego luźną, obrazową wręcz kompozycję. Powieściami wybitnymi w dorobku Clarke'a są za to niewątpliwie dwie z trzech kolejnych, jakie napisał on po 2001: obsypane nagrodami Spotkanie z Ramą (1973) oraz niemniej uznane Fontanny raju (1979). Obie pełne są olśniewających wizji i wartkiej akcji; pierwsza opowiada o spotkaniu Człowieka z przybywającym z głębi kosmosu Nieznanym, druga zaś ukazuje świat inżynieryjnych cudów stojący na cywilizacyjnym rozdrożu. Clarke był dumny z tych książek i chciał, by to z nimi go kojarzono. Toteż nic dziwnego, że przez kolejne lata, pytany o ewentualną kontynuację 2001 Clarke powtarzał, że jej powstanie jest "oczywiście niemożliwe" ('clearly impossible').

Plakat promujący film '2001'
Poster promujący film
2001: Odyseja kosmiczna

Na zmianę jego stosunku do tego pomysłu miało wpływ kilka czynników: jego fan, jego agent i sondy Voyager.

Ferment w umyśle Clarke'a zasiał list, jaki pod koniec lat 70. napisał do niego brazylijski fan imieniem Jorge Luiz Calife. Co dokładnie było w liście - tego, niestety, nie wiemy. Na pewno jednak był to list na tyle przekonujący, że zmusił pisarza do zastanowienia się, czy rzeczywiście napisanie ciągu dalszego jest niemożliwe. To wahanie szybko wykorzystał Scott Meredith, agent i przyjaciel pisarza, zachęcając go do stworzenia - niby dla zabawy - dziesięciostronicowego szkicu tego, co mogłoby wydarzyć się w ciągu dalszym. Clarke dał się namówić i wkrótce przesłał mu swoją propozycję. Widząc jakość gotowego tekstu, Meredith zaczął przekonywać pisarza do napisania powieści. Czynił to - jak sam potem przyznał - "kombinacją gróźb i pochlebstw", jednak najważniejszym argumentem, po jaki sięgnął, było stwierdzenie prostej prawdy: "Wiesz, Arturze, nikt z nas nie wie, o co chodzi z tym zakończeniem 2001. Nie rozumiemy go, nie wiemy, co miałeś na myśli. Jesteś winny wyjaśnienia swoim czytelnikom, a przede wszystkim, Arturze, jesteś je winny mnie." Tak osaczonego Clarke'a ostatecznie przekonało coś, o czego dostępności w latach 60. mógł tylko marzyć. W czasie powstawania 2001 Jowisz ze swoimi satelitami był jedynie grupą plamek w teleskopie, o których wiadomo było bardzo niewiele. Wiosną 1979 roku sytuacja ta zmieniła się. Amerykańska sonda Voyager 1, badająca system księżyców Jowisza, przesłała na Ziemię całą masę nowych danych oraz fotografii, czyniąc z każdej z owych plamek wyraźny, odrębny, fascynujący świat. Clarke uświadomił sobie, że mając tak realistyczny grunt do pisania mógłby powrócić do historii opowiedzianej w 2001, wykorzystując w pełni nowy potencjał tej historii i jej scenografii, teraz już zupełnie niezależnie od Kubricka. Mógł napisać własną książkę. To ostatecznie sprawiło, że podpisał kontrakt.

Jowisz
Io
Europa
Przykładowe zdjęcia wykonane przez sondę Voyager 1 wiosną 1979 roku: Jowisz i jego dwa księżyce, Io oraz Europa

Umowa opiewała na niebagatelną sumę jednego miliona dolarów. W Ameryce powieść miała wydać oficyna Ballantine Books, w Wielkiej Brytanii zaś Grafton. Clarke zasiadł do pisania w lipcu 1981 roku. W marcu 1982 roku, zaledwie dziewięć miesięcy później, Odyseja kosmiczna 2010 była gotowa.

Jak Hyams bardzo się bał, ale się podjął

"- Nadszedł czas - rzekł doktor Dimitri Mojsewicz do swojego starego przyjaciela Heywooda Floyda - by porozmawiać o wielu rzeczach. O statkach kosmicznych i tajemnicach, ale głównie monolitach i psujących się komputerach."

Odyseja kosmiczna 2010

W prologu do 2010 Clarke zaznaczył: "Książka, którą właśnie zamierzacie przeczytać, jest czymś niewątpliwie bardziej złożonym, niż zwyczajny dalszy ciąg powieści bądź filmu. Tam, gdzie książka i film różniły się, pozostałem wiemy wersji filmowej; jednakże głównym celem, który mi przyświecał, było uczynienie tej powieści bardziej zwartą i możliwie najdokładniejszą przy opisywaniu faktów w świetle dzisiejszej wiedzy."

I rzeczywiście, fabularnie 2010 stanowi bardziej kontynuację filmu Kubricka-Clarke'a niż powieści Clarke'a-Kubricka, choć stylistycznie bliżej jej do wspomnianego już Spotkania z Ramą. I tak oto w mniej więcej dziesięć lat po zakończonej zagadkową katastrofą wyprawie statku kosmicznego Discovery, w stronę Jowisza zostaje wysłany radziecki statek Leonow. Członkowie załogi - wśród nich gościnnie troje Amerykanów, w tym znany z 2001 dr Floyd - mają znaleźć odpowiedzi na nurtujące wszystkich pytania: dlaczego na pokładzie Discovery doszło do tragedii? Co się stało z superkomputerem HAL 9000? Jaki jest los jedynego ocalałego astronauty? I co ma z tym wszystkim wspólnego orbitujący wokół Jowisza gigantyczny Monolit? Na wypadek, gdyby Czytelnik chciał przeczytać tę książkę - a naprawdę warto - powstrzymam się od jej streszczania. Dość powiedzieć, iż kontynuując główne wątki 2001, Clarke doprowadził do wyjaśnienia i rozstrzygnięcia wielu kwestii, jednocześnie spłycając filozoficzno-metafizyczny wymiar opowiedzianej w 2001 historii. To, a także konwencja, w jakiej powieść jest utrzymana, sprawia, iż 2010 jest powieścią o wiele przystępniejszą. Podobnie bowiem, jak w przypadku Spotkania z Ramą, Clarke stworzył rasową space operę, z prawdziwymi bohaterami i ich perypetiami (rozbudowane dialogi), z konsekwentnie budowanym napięciem i punktem kulminacyjnym, z wątkami pobocznymi i dygresjami.

Do tego odpowiednio dużo miejsca poświęcił prezentacji różnych rozwiązań technicznych, jakie zapewne będą miały zastosowanie w wyprawach tego typu oraz opisom fascynującego świata Jowisza i jego księżyców. Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że 2010 to "2001-light", ten sam wszechświat, ale bez Stanleya Kubricka, jego złożonych intelektualnie rozważań, lęków i obsesji. 2010 to optymistyczna, dosłowna opowieść, tak charakterystyczna dla całej twórczości Arthura C. Clarke'a.

Odyseja kosmiczna 2010 swoją oficjalną premierę miała 15 lutego 1982 roku. Zorganizowane przez Ballantine Books imprezy promujące jej wydanie odbyły się w Nowym Jorku i Los Angeles i w obu tych imprezach Arthur C. Clarke uczestniczył osobiście. Kontrakt między Clarkiem a wydawnictwem zakładał jedynie napisanie książki. W umowie nie było mowy o scenariuszu do ewentualnego filmu. Wkrótce jednak zaczęły krążyć pogłoski o tym, że film powstanie. Niejako uprzedzając wydarzenia Clarke zadzwonił do Stanleya Kubricka ze słowami: "Twoim zadaniem jest ich [producentów] przed tym powstrzymać, co bym miał spokój". Bardzo szybko okazało się, że to jednak nie pogłoski i że Scott Meredith sprzedał prawa do ekranizacji 2010 wytwórni MGM, tej samej, dla której Kubrick zrobił 2001.
Arthur C. Clarke przy pracy nad powieścią
Arthur C. Clarke podczas pracy nad 2010

Co prawda wytwórnia zaoferowała nakręcenie filmu Kubrickowi, ten jednak z oczywistych względów nie był tym projektem zainteresowany. (Co ciekawe, jeszcze w 1981 roku, zanim ukazała się sama książka, Scott Meredith rozpuścił plotkę, że to właśnie Kubrick przeniesie ją na ekran, co miało zwiększyć sprzedaż i tak już świetnie zapowiadającego się bestsellera). W połowie 1983 roku wytwórnia MGM/UA ogłosiła, że film zrealizuje Peter Hyams.

Peter Hyams
Peter Hyams

Peter Hyams był wówczas czterdziestoletnim reżyserem o nienajgorszym dorobku, cieszącym się opinią całkiem sprawnego kinowego rzemieślnika. Na swoim koncie miał takie obrazy, jak Hanover Street z Harrisonem Fordem czy Trybunał z Michaelem Douglasem, najbardziej znane były jednak jego filmy science-fiction: Koziorożec 1 oraz Outland z Seanem Connerym. Doświadczenie zdobyte podczas produkcji tych ostatnich na pewno było decydującym argumentem za jego wyborem. Twórczość Hyamsa dzieliły jednak od twórczości Stanleya Kubricka całe lata świetlne.

Hyams robił zupełnie inne, mniej ambitne kino. Nic dziwnego zatem, iż zareagował on na propozycję nakręcenia 2010 bardzo nerwowo: "Miałem bardzo poważne wątpliwości. Pierwszymi osobami, z którymi chciałem się skontaktować był Arthur C. Clarke i Stanley Kubrick. Z tym ostatnim odbyłem długą rozmowę telefoniczną, wyjaśniając mu, co się dzieje. Postanowiłem, że podejmę się realizacji tego filmu tylko pod warunkiem, że pomysł ten dostanie jego błogosławieństwo. Kubrick jest jednym z moich idoli, jednym z największych talentów, jakie stąpały po ziemi." Kubrick odniósł się do całej sprawy zupełnie obojętnie, odpowiadając: "Pewnie, zrób to. Nic mnie to nie obchodzi", innym zaś razem, w nieco cieplejszym tonie: "Nie bój się. Po prostu zrób własny film". O wiele bardziej zaangażowana była natomiast pierwsza reakcja Clarke'a, który najzwyczajniej w świecie próbował zniechęcić reżysera do projektu i swojej osoby. Trudno mu się dziwić. Sześćdziesięciosześcioletni pisarz niechętnie już opuszczał Sri Lankę, poza tym zupełnie nie miał sił - ani ochoty - na tak absorbującą współpracę, jak to miało miejsce w przypadku 2001. Pamiętajmy, że przyjmując propozycję Kubricka, Clarke zupełnie nieświadomie zgodził się na udział w projekcie, nad którym zupełnie nie miał kontroli, a który ostatecznie pochłonął cztery lata jego życia. Hyams nie dał się jednak zbyć tak łatwo: "Proszę posłuchać, panie Clarke, poproszono mnie o zrobienie tego filmu i wygląda na to, że go zrobię. Mogę go zrobić na dwa sposoby: z panem albo bez pana. Nie potrafię sobie wyobrazić tej drugiej opcji i naprawdę bym chciał, by stał się pan integralną częścią całego procesu". Na szczęście Clarke szybko uświadomił sobie, że będzie mógł uczestniczyć w produkcji filmu nie wychodząc z domu. Z pomocą przyszła mu bowiem rewolucyjna jak na tamte czas technologia: poczta elektroniczna. "Dawało mi to całkowitą kontrolę nad sytuacją. Siedząc w zaciszu mojego domu w Kolombo mógłbym poświęcać pracy dokładnie tyle czasu, ile chciałem. (...) Jeżeli nie spodobałby mi się [Peter Hyams], zawsze mógłbym się rozłączyć". Toteż w trakcie pierwszych rozmów telefonicznych pisarz zupełnie zmienił nastawienie do projektu - i samego Hyamsa - stając się bardzo pomocnym i życzliwym. Wkrótce też, wymieniając się anegdotami i uwagami zupełnie niezwiązanymi z filmem, obaj panowie zawarli wirtualną przyjaźń.

Jak się szybko okazało, powodem, dla którego Hyams nalegał na udział Clarke'a w projekcie była nie tyle chęć wciągnięcia go w proces twórczy, ile otrzymanie jego błogosławieństwa w konkretnych momentach produkcji, uspokajające zapewnienie, że "tak może być". Przy okazji Hyams pytał pisarza o techniczne aspekty fabuły, które były dla niego niejasne. Jak sam przy tym zauważał: "Pytania te jedynie utwierdzą Cię w przekonaniu, że masz do czynienia z niekompetentnym reżyserem, który jest w trakcie masakrowania Twojej powieści". Co ciekawe, religijny wręcz szacunek, jakim Hyams obdarzał Clarke'a przebijał z jego wiadomości od samego początku. Reżyser nie krył, że podziwia pisarza i ma poważne kompleksy, ekranizując jego książkę. Sformułowania typu: "Pozostaję Twym uniżonym sługą i fanem" pojawiały się w jego korespondencji regularnie, w jednej z wiadomości napisał nawet wprost: "Nasza współpraca jest oczywiście dla Ciebie mniej stymulująca. Nie jestem tak utalentowany jak Stanley. Chociaż jestem bardziej od niego upierdliwy"; w innym miejscu natomiast: "Im więcej czasu spędzam nad tą książką [2010] tym bardziej jestem poruszony przez to, jak wspaniałym jesteś człowiekiem. Chciałbym, aby Twój pacyfizm i poetycki zachwyt przyszłością sprawdził się tak, jak sprawdza się Twoja zadziwiająca umiejętność przewidywania naszego postępu naukowego". Clarke'owi te wyrazy podziwu na pewno nie przeszkadzały (był człowiekiem próżnym), odpowiadał na nie życzliwie, starając się być możliwie pomocnym. Nie tylko komentował różne pomysły i decyzje Hyamsa, ale także podawał mu nazwiska znajomych specjalistów z różnych dziedzin nauki, którzy mogliby pomóc w rozwiązaniu problemów, jakie niosła ze sobą produkcja. A tych miało być całkiem sporo.

Jak Hyams pociął, posklejał a następnie złapał się za głowę

"Następnym razem napisz o dwóch osobach siedzących w małym pokoju. Żadnych wybuchających Jowiszów. Żadnych ryb w salonie. Żadnych teleskopów większych od Ohio. OK?"

Peter Hyams

Od początku było wiadomo, że nie może być mowy o "2001-bis". Powieść Clarke bardzo mocno odchodziła od monumentalno-poetyckiej formy tamtego obrazu, Peter Hyams zaś nie grał w tej samej lidze, co Stanley Kubrick. Co więcej, film 2010 powstawał w zupełnie innej epoce niż 2001. Podczas gdy w latach 60. ambitne kino SF jeszcze tak naprawdę nie istniało i Kubrick nie miał za bardzo komu dorównywać, to w latach 80. gatunek ten już dobrze rozgościł się w hollywoodzkim mainstreamie. W ciągu tych kilkunastu lat, jakie minęły od premiery 2001 fantastyka naukowa została ostatecznie zaakceptowana, wychodząc przy pomocy tak wybitnych obrazów, jak Obcy, saga Gwiezdne Wojny czy Blade Runner z getta kina klasy B. Poza tym przełom lat 70. i 80. to tzw. kino nowej przygody. Hyams podążył tym właśnie tropem, skupiając się na konwencjonalnie opowiedzianej historii, podkreślając jej ludzki, teraźniejszy wymiar.

Wysyłając Clarke'owi gotowy scenariusz, Hyams zaznaczył: "Film oddaje niektóre fragmenty powieści dosyć wiernie, w niektórych momentach zaś dosyć mocno od niej odchodzi. Obszerne fragmenty książki pominięto, jednocześnie dopisując zupełnie nowe wątki - te o Rosjanach i Amerykanach - które nie mają z nią nic wspólnego. Chciałem osadzić tę historię w czasie poważnego konfliktu między supermocarstwami". I tak Hyams wyciął wątek nieudanej chińskiej wyprawy, która dociera do Jowisza tuż przed Leonowem, dodając w zamian narastający konflikt między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim, w którego cieniu odbywa się cała wyprawa. Postaci zostały trochę przemodelowane, same sceny zaś zostały tak skrócone i rozłożone, by niejako "zagęścić" fabułę. Hyams w liście do Clarke'a: "Chcę byś wiedział, iż dopóki nie dowiem się, co myślisz [o scenariuszu], dopóty z nerwów będę miał mdłości. Wiem, że nie jest on tak dobry, jak mówią i jestem pewien, iż powiesz mi dokładnie, czemu nie jest. (...) Nigdy nie spełniam swoich oczekiwań i nigdy nie jestem zadowolony ze swojej pracy. (...) Wprowadzając niezbędne dla ekranizacji zmiany bardziej, niż na czymkolwiek innym zależało mi na zachowaniu Twojej wizji i pomysłu. (...) To jest Twój garnitur, skrojony według Twojego projektu. Jestem jedynie krawcem, usiłującym dopasować go do innego ciała." Clarke'owi scenariusz jak najbardziej się podobał: "Miałem ochotę zrobić Ci kawał w postaci wiadomości od mojej sekretarki, mówiącej, że ostatnio widziano mnie zmierzającego na lotnisko i że miałem ze sobą pistolet. Jednak mając na uwadze moment [zaraz miały rozpocząć się zdjęcia - przyp.autora] i delikatną sytuację, w jakiej się znajdujesz, od razu powiem, że to znakomity scenariusz; genialnie wyciosałeś zasadnicze elementy powieści, dodając całkiem sporo własnych. Śmiałem się - i płakałem - w odpowiednich momentach." Takich właśnie słów potrzebował Hyams. "Pojęcia nie masz jak się poczułem. Jestem wdzięczny i czuję coś więcej niż ulgę." Otrzymawszy błogosławieństwo Clarke'a, Hyams mógł zabrać się do realizowania filmu.

2001: Odyseja kosmiczna była swoistym eksperymentem, czymś pomiędzy filmem artystycznym i paradokumentem. Kubrickowi zależało na wywołaniu wrażenia absolutnej świeżości i realizmu prezentacji, toteż do swego obrazu nie zaangażował znanych twarzy. Chciał, aby widz skupił się na świecie przedstawionym, aktorzy mieli być niejako rekwizytami. Hyams odwrotnie, robił film komercyjny, hollywoodzki, bez artystycznych ambicji, toteż postawił na znane twarze właśnie. I tak w rolę odpowiedzialnego za nieudaną misję Discovery Heywooda Floyda wcielił się Roy Scheider (Francuski łącznik, Szczęki, Maratończyk, Cały ten zgiełk), jowialnego konstruktora Discovery Waltera Curnowa zagrał John Lithgow (Świat według Garpa, Czułe słówka, Footloose), introwertycznego twórcę komputera HAL 9000 doktora Chandrę - Bob Balaban (Bliskie spotkania trzeciego stopnia, Odmienne stany świadomości). W postać kapitana radzieckiego statku wcieliła się natomiast angielska aktorka Helen Mirren (Kaligula, Excalibur, Cal), jej załogę zaś zagrała piątka autentycznych Rosjan, w tym troje znanych z filmu Moskwa nad rzeką Hudson (Elya Baskin, Saveli Kramarov, Oleg Rudnik; Hyams był szczególnie zadowolony z faktu, iż uniknie zatrudniania amerykańskich aktorów udających rosyjski akcent). Astronautę Davida Bowmana ponownie zagrał Keir Dullea, głosu superkomputerowi HAL 9000 zaś znów użyczył Douglas Rain.

Szybko okazało się, że napisanie scenariusza i skompletowanie obsady było zadaniem stosunkowo najłatwiejszym. Najtrudniejszym elementem całego przedsięwzięcia było przeniesienie fantastycznych wizji Clarke'a na ekran. Pisarz w 2010 dał z siebie sto procent i kiedy chwalił się znajomym: "Właśnie piszę powieść, której nawet Stanley Kubrick nie byłby w stanie sfilmować, chociaż chciałbym, by spróbował", to niewiele było w tym przesady. Pisarz zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko, umieszczając w swojej powieści wiele scen prawdziwie spektakularnych. Hyams miał ambicje, by wszystkie one znalazły się w filmie. W jednym z e-maili do Clarke'a napisał: "Miałem jedno z tych wspaniałych spotkań finansowych, podczas którego powiedziałem wytwórni MGM, że potrzebuję X dolarów do zrobienia czegoś. Odpowiedzieli, że wcale nie potrzebuję aż tyle. Powiedziałem im więc, że jeśli chcą oszczędzić pieniądze to powinniśmy zatytułować ten film 2008; jeżeli chcą 2010 to będzie ich to kosztować trochę więcej. Myślę, że zrozumieli."

Discovery

Pierwszym problemem, z jakim musiała zmierzyć się ekipa Hyamsa była jednak nie rozbuchana wyobraźnia Clarke'a lecz paranoja Stanleya Kubricka. Po uzyskaniu (odpłatnej) zgody reżysera na wykorzystanie konceptów zawartych w filmie 2001 okazało się bowiem, że nie zachowała się żadna dokumentacja (nie wspominając o modelach), opisująca statek Discovery czy którąkolwiek ze scenografii wykorzystanych w filmie. Genialny control-freak Kubrick nakazał zniszczenie wszystkiego po ukończeniu zdjęć, tak, aby uniemożliwić ewentualne wykorzystanie któregokolwiek z elementów w innych filmach. Toteż budując model i wnętrza Discovery ekipa Hyamsa posługiwała się jedynie... stopklatkami oryginalnego filmu. To mozolne zadanie udało im się zrealizować fantastycznie, bowiem oglądając gotowy film nie sposób się czegokolwiek domyśleć.

scena z filmu 2010
Zrekonstruowane ze stopklatek 2001 wnętrze statku Discovery

Leonow

O ile w przypadku statku Discovery Hyams zupełnie nie mógł sobie pozwolić na inwencję twórczą, o tyle w przypadku Leonowa nie musiał się już liczyć z jakimkolwiek filmowym pierwowzorem. "Chciałem, by Leonow wyglądał zupełnie inaczej, niż jakikolwiek statek kosmiczny ukazany dotąd w kinie. Chciałem także, by był to wyrazisty statek, niewyglądający jak ogromny kawał plastiku. Konsultowałem ten pomysł z inżynierami z JPL. Nie tylko zgodzili się, że jest on wykonalny, ale uznali, że to najbardziej logiczny projekt, jaki kiedykolwiek widzieli." I tak Leonow stanowi antytezę futurystycznego, eleganckiego i sterylnego Discovery, jest wręcz ucieleśnieniem cech stereotypowo przypisywanych Sowietom: toporny, ponury, klaustrofobiczny, choć jednocześnie dobrze spełnia swoje zadanie. Co ciekawe, wnętrza Leonowa zbudowano w największym dostępnym wówczas studio w całych Stanach Zjednoczonych.

scena z filmu 2010
Toporny Leonow...

scena z filmu 2010
...którego ponurość potęguje dodatkowo narastający konflikt radziecko-amerykański.

Sekwencja otwierająca film

Kolejnym wyzwaniem dla ekipy Hyamsa okazało się nakręcenie sceny otwierającej powieść: rozmowa Heywooda Floyda z Dimitrim Mojsewiczem w talerzu ogromnego radioteleskopu w Arecibo. Mimo starań Hyams nie był w stanie uzyskać przekonujących zdjęć, lokalizacja ta okazała się zupełnie nie fotogeniczna: "To miejsce wygląda ohydnie. Naprawdę ohydnie. Przypomina opuszczony parking. Mówią, że niewiele da się z tym zrobić." Po namyśle reżyser zdecydował się na inną lokalizację: teren obserwatorium radioastronomicznego Very Large Array (VLA) w Nowym Meksyku, co Clarke nazwał "akceptowalną alternatywą". "Akceptowalna" to zdecydowanie za małe słowo. W filmie plener ten prezentuje się doskonale.

scena z filmu 2010

scena z filmu 2010

scena z filmu 2010

Dom z delfinami

Dużym problemem dla twórców 2010 było także znalezienie, a potem - kiedy okazało się, że takie miejsce po prostu nie istnieje - budowa należącego do dr Floyda domu z delfinami. Zgodnie z szacunkami przedsięwzięcie to miało kosztować pół miliona dolarów - trochę za dużo zważywszy, iż scenografia ta miała zostać wykorzystana w zaledwie kilku scenach na początku filmu. Hyams rozważał rozmaite opcje, jak np. zastąpienie delfinów gorylami czy pingwinami, tak, aby nie musieć budować niczego tak kosztownego. Ostatecznie jednak okazało się, że pierwotny projekt można zrealizować w oparciu o istniejący już, ogromny stary zbiornik w studiu MGM, wykorzystywany do zdjęć podwodnych w latach 50. Co zabawne, obrońcy praw zwierząt wymusili na ekipie, by udział w zdjęciach wzięły trzy delfiny, tłumacząc to tym, że jeden czułby się samotny. I tak też uczyniono, choć w filmie pojawiają się tylko dwa.

scena z filmu 2010

scena z filmu 2010

Hamowanie atmosferyczne

Kluczowa dla pierwszej części filmu scena hamowania Leonowa w zewnętrznych warstwach atmosfery Jowisza stanowiła kolejne wyzwanie dla twórców 2010. Hyams konsultował tę scenę z inżynierami z Jet Propulsion Laboratory oraz Boeinga. Chciał, aby efekt końcowy jego pracy był jak najbardziej przekonujący z punktu widzenia inżynierii a jednocześnie bardzo widowiskowy. W rezultacie tych konsultacji w filmie Leonow, obróciwszy się o 180 stopni i włączywszy silniki, zanurza się w atmosferę gazowego giganta, mknąc z hukiem niczym rozpalony pocisk. Oglądając tę scenę trzeba przyznać, że przewidując, iż "publiczność posika się ze strachu", Hyams niewiele się pomylił.

scena z filmu 2010
Leonow mknie z hukiem przez zewnętrzną warstwę atmosfery Jowisza

Jowisz

Większa część fabuły 2010 rozgrywa się na orbicie Jowisza i wokół dwóch jego księżyców: Io oraz Europy. Nic dziwnego zatem, że Hyams pragnął "stworzyć najdokładniejszy i najwierniejszy obraz Jowisza w dotychczasowej historii kina". Do zrealizowania tego zadania zwerbował on doktora Richarda J. Terrile'a, planetologa, który zresztą czuwał nad zawartością naukową całego filmu. Dr Terrile osobiście zajmował się zbieraniem i interpretowaniem danych zebranych przez sondę Voyager, dzięki czemu Hyams uzyskał dostęp do zdjęć i informacji niedostępnych dotąd szerokiej publiczności. Samo tworzenie efektów wizualnych nadzorował natomiast Richard Edlund (Gwiezdne Wojny, Poszukiwacze zaginionej arki, Poltergeist, Pogromcy duchów), którego ekipa (do której należał także Syd Mead, wcześniej pracujący przy filmach TRON i Blade Runner) miała do dyspozycji pionierski superkomputer Cray-1, jeden z najpotężniejszych na świecie komputerów niebędących w posiadaniu rządu. Należy przyznać, iż wszystkie sekwencje "jowiszowe" wyglądają doskonale przekonująco nawet po dwudziestu pięciu latach.

scena z filmu 2010
Scena kosmicznego spaceru

scena z filmu 2010
Leonow "odnajduje" porzuconego Discovery

scena z filmu 2010
Powstrzymam się przed spoilerami ;)

scena z filmu 2010
Jak wyżej

Co ciekawe, 2010 cechuje odrobinę luźniejsze podejście do niektórych naukowych prawideł, którym Kubrick pozostawał bezwzględnie posłuszny. Jak poradził Hyamsowi Clarke: "Nie lecisz do Jowisza tylko robisz o tym film. Nie pozwól inżynierom namieszać Ci w głowie." Pisarz argumentował, że dopóki efekt końcowy wygląda prawdopodobnie, dopóty należy się bardziej skupić na takich elementach, jak zrozumiałość dla widza, efekt wizualny, logika fabuły i koszt. Hyams poszedł za tą radą i tak na przykład w przestrzeni kosmicznej jego filmu ma prawo rozchodzić się dźwięk.

Reżyser wytrwale pokonywał kolejne trudności, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, iż jego praca jest uważnie obserwowana a jej efekt końcowy wyczekiwany z niecierpliwością. Angażując się jako scenarzysta, reżyser, autor zdjęć i producent, Hyams ryzykował właściwie wszystko. Zaraz przed rozpoczęciem zdjęć wyznał on Clarke'owi: "Zimnego potu starczyłoby mi do zalania całego tego miejsca", w innym miejscu zaś: "Nie robię własnego filmu. Jestem opiekunem cudzych oczekiwań." Jeszcze pod koniec października 1983 roku w Wielkiej Brytanii ukazało się wydanie 2010 w miękkiej okładce (paperback), które promowało hasło "Nie czekaj na film!". Książka od razu znalazła się na pierwszym miejscu listy bestsellerów. Niedługo potem zaś do kin wypuszczono krótki trailer, mówiący: "W 1984 roku ujrzysz rok 2010. 26 lat przed jego nadejściem". Według słów Hyamsa, reakcja publiczności była "niesamowita", publiczność "zwariowała". Nic dziwnego zatem, iż reżyser zaczął obawiać się dodatkowo o utrzymanie szczegółów całej produkcji w tajemnicy. W jednej z wiadomości do Clarke'a napisał on: "Mam na tym punkcie totalną paranoję. Każde czasopismo o tematyce science-fiction dałoby się pociąć za jakiś projekt z 2010. Gdyby jakiś dorwali, znalazłby się on na ich następnej okładce. Przedsięwziąłem ekstremalne środki zapobiegawcze: plan filmowy jest zamknięty na klucz i strzeżony. Nikt bez przepustek nie ma tam wstępu."

Zdjęcia do 2010 zaczęły się 6 lutego 1984 roku. Współpraca z aktorami układała się Hyamsowi bardzo dobrze, toteż jeszcze w maju tego samego roku zasadnicza część zdjęć została ukończona. Jedną z ostatnich scen, które nagrywano, była jedna z początkowych scen filmu, rozgrywająca się przed Białym Domem w Waszyngtonie. Tak się akurat złożyło, że Clarke był w tym czasie w Stanach Zjednoczonych, toteż Hyams zaprosił go na plan, gdzie obaj panowie po raz pierwszy spotkali się twarzą w twarz. Clarke dostał nawet małą rólkę w filmie - we wspomnianej scenie siedzi na jednej z ławek i karmi ptaki.

scena z filmu 2010
Arthur C. Clarke w scenie przed Białym Domem

Clarke pojawiający się w filmie opartym na jego własnej powieści stanowi jeden z tzw. smaczków 2010. Jest ich tu więcej. Hyams bardzo wyraźnie ukłonił się legendarnemu obrazowi Kubricka. Poza oczywistymi elementami kojarzonymi z 2001, takimi jak np. sam Monolit czy motyw muzyczny z Tako rzecze Zaratustra Straussa, znajdziemy tu kilka genialnych momentów nawiązujących do pierwszego filmu; scena kosmicznego spaceru z Johnem Lithgowem czy też scena reaktywacji HALa 9000 bardzo wyraźnie czerpią odpowiednio ze sceny kosmicznego spaceru Bowmana i dokonanej przez niego później lobotomii komputera pokładowego.

scena z filmu 2001
Scena lobotomii HALa w 2001...

scena z filmu 2010
...i jego reaktywacji w 2010.

Jak filmu prawie zupełnie nie zrozumiano

"Jestem przerażony na samą myśl bycia porównywanym do Kubricka. To trochę tak, jakby karła porównywać do watussi. Przez długi czas czułem, że nie jestem wart tego przedsięwzięcia."

Peter Hyams

Amerykańska premiera 2010 miała miejsce 7 grudnia 1984 roku. Chociaż wiadomym było od początku, że nie będzie to "2001-bis", to jednak i tak wszyscy uparcie zestawiali te dwa obrazy. Film od razu podzielił widownię. Dla jednej jej części stanowił wulgarną profanację kubrickowskiego arcydzieła, uproszczony, przegadany i politycznie poprawny film dla całej rodziny. Dla drugiej natomiast części był to w końcu zrozumiały, zajmujący film ze szlachetnym przesłaniem. Gdzieś pomiędzy tymi stanowiskami znalazł się krytyk z New York Timesa nazwiskiem Vincent Canby, który stwierdził, że "2010 to doskonale zadowalająca - choć niedająca się porównać - kontynuacja (...) 2001".

Plakat do '2010'
Poster promujący film 2010
Powstanie powieści 2010 wynikało z założenia, iż niedopowiedzenia zawarte w 2001 to zwyczajne niedopatrzenie, które należy naprawić. Hyams nie miał za bardzo wyboru i podejmując się jej ekranizacji musiał tej myśli pozostać wierny; trudno oczekiwać, by na powrót mistyfikował coś, co już zostało ujawnione. Jeżeli się z tą decyzją nie zgadzamy, to po 2010 możemy nie sięgać. Film ten na zawsze pozostanie dla nas filmowym bluźnierstwem i marną karykaturą filmu Kubricka, czyniącym z filmowego mitu kolejny film science-fiction. (Nawiasem mówiąc 2001 cieszy się tak dobrą reputacją, iż żaden obraz, nawet najambitniejszy, nie ma z nim szans. Zawsze odezwą się głosy, że "nie jest tak dobry, jak 2001", przez co masę dobrych filmów skaże się na porażkę). Jeżeli jednak potrafimy odsunąć film Kubricka na bok i zaakceptować to, że 2010 nie jest jego dosłowną kontynuacją a jedynie wariacją na ten sam temat, i będziemy go oglądać jako autonomiczne dzieło, bez ciągłych porównań z 2001, to obraz Petera Hyamsa wypada nadspodziewanie dobrze.

Bo po pierwsze jest tu bardzo spójny i sensowny scenariusz, z umiejętnie budowanym napięciem i zagadką, której kolejne elementy ukazywane są nam konsekwentnie. Po drugie narracja jest prowadzona płynnie, film wypełniają świetne dialogi, między aktorami naprawdę iskrzy. Po trzecie jest fantastyczna scenografia, doskonałe zdjęcia i efekty specjalne - robiące wrażenie nawet po 25 latach! Do tego z całości bije szczególna, groźna nastrojowość, co najmniej dorównująca nastrojowości filmu Kubricka (koziołkujący bezgłośnie na tle Io, pokryty siarką statek Discovery!). 2010 jest w pewnym stopniu świadectwem swoich czasów, czuć tu bowiem wyraźnie niepokój ery Regana, słychać echa amerykańskiego programu Gwiezdnych Wojen i wojny falklandzkiej. Film porzuca dziejową filozoficzność na rzecz politycznego tu i teraz. Więcej tu techniki, niż poezji, więcej humanizmu niż magii, więcej wyjaśnień niż nowych pytań, więcej akcji niż zachwytu i refleksji. Ale czy tylko obrazy poetyckie, magiczne i zadające pytania są warte uwagi?

Ważnym dla pełnego docenienia wartości 2010 jest zrozumienie istoty cichego konfliktu między Kubrickiem a Clarkiem, jaki rozgrywał się podczas tworzenia 2001. Obaj twórcy mieli zupełnie odmienne wizje przyszłości Człowieka w kosmosie. Kubrick był pesymistą, obawiał się, że postęp technologiczny nie zniweluje podziałów między ludźmi, że doprowadzi do zupełnej utraty duchowości a uświadomienie sobie naszego prawdziwego miejsca w kosmosie przyniesie jedynie druzgocące rozczarowanie. Spojrzenie Clarke'a na te zagadnienia było zupełnie odmienne. Pisarz wierzył, że rozwój cywilizacyjny zjednoczy ludzkość, rozwijając w Człowieku jego najpiękniejsze cechy, samo poznanie prawdy odnośnie naszego miejsca we Wszechświecie natomiast doprowadzi do pełnego oświecenia. Patrząc z tej perspektywy, 2010 jest wypowiedzianym po latach sprzeciwem Clarke'a-optymisty wobec Kubricka-pesymisty, pragmatycznym, technologicznym tu i teraz przeciwstawionym poetyckiemu i chwilami odrobinę przeintelektualizowanemu niewiadomo czemu. Hyams zdawał sobie z tego konfliktu spojrzeń doskonale sprawę i bardzo sprytnie odniósł się do niego w scenie z okładką Timesa.

scena z filmu 2010
Hyams użył wizerunków Clarke'a i Kubricka odpowiednio dla prezydenta USA i premiera ZSRR.
Nie każdy zauważył, że było to coś więcej, niż tylko hołd złożony twórcom 2001.

Wielka szkoda, że ogromny wysiłek Petera Hyamsa i jego ekipy włożony w stworzenie 2010 nigdy nie doczekał się należytej nagrody. Tak naprawdę od samego początku nie dawano mu szans. Pozostaje nadzieja, iż tzw. przeciętny widz niezależnie od tego zechce sięgnąć po ten tytuł i poświęcić mu trochę czasu. Do czego oczywiście gorąco zachęcam.


Okładka '2010'
Okładka wydania DVD

Podstawowe informacje o filmie:

2010 (1984), znany także pod tytułem 2010: The Year We Make Contact

Scenariusz i reżyseria Peter Hyams, na podstawie powieści Arthur C. Clarke'a

W rolach głównych: Roy Scheider, John Lithgow, Helen Mirren, Bob Balaban, Keir Dullea, Douglas Rain.

Zdjęcia: Peter Hyams, Muzyka: David Shire

Szacowany koszt produkcji: 28 milionów dolarów.

W ciągu 25 lat w samych Stanach Zjednoczonych film zarobił nieco ponad 40 milionów.

Film otrzymał 5 nominacji do Oskara w kategoriach najlepsza scenografia, kostiumy, efekty specjalne, charakteryzacja i dźwięk.

Pisząc ten artykuł korzystałem z książek:

John Baxter, Stanley Kubrick. A biography, London 1997
Arthur C. Clarke, 2010: Odyssey Two, London 1982
Arthur C. Clarke, Peter Hyams, The Odyssey File, London 1985
David Hughes, The Complete Kubrick, London 2000
Neil McAleer, Odyssey: The Authorised Biography of Arthur C. Clarke, London 1992

oraz filmów:

2001: A Space Odyssey, reż. Stanley Kubrick, MGM (1968)
2010: The Year We Make Contact, reż. Peter Hyams, MGM (1984)
2010: The Odyssey Continues, reż. Les Mayfield, MGM (1984)

a także stron internetowych:

'2010' w Internet Movie Database (http://www.imdb.com/title/tt0086837/)


Wszystkie cytaty pochodzą z wyżej wymienionych książek, w tłumaczeniu własnym.


 

O autorze | copyright i źródła
© Copyright 2005-2011 by Jarosław Wasielewski